Johnny Depp jako Ebenezer Scrooge
Hollywood wybaczyło Johnny'emu Deppowi Fot. materiały prasowe

Johnny Depp wraca do Hollywood jako Ebenezer Scrooge i wszystko wskazuje na to, że branża właśnie postanowiła mu wybaczyć, fundując wielki comeback w roli człowieka szukającego odkupienia. Problem w tym, że odkupienie nie polega na tym, że publiczność zapomina o przeszłości. Mówimy przecież o aktorze, który (podobnie jak jego była żona Amber Heard) dopuszczał się przemocy w toksycznym związku. Zwiastun nowej wersji "Opowieści wigilijnej" zamiast ekscytacji wywołał u mnie przede wszystkim niesmak. Tym bardziej że cały ten wielki powrót został starannie wyreżyserowany.

REKLAMA

Paramount Pictures (które tak szybko nie przejmie Warner Bros.) pokazało pierwszy zwiastun "Ebenezera", czyli kolejnej ekranizacji "Opowieści wigilijnej" Charlesa Dickensa. Tym razem za kamerą stanął Ti West, reżyser znany z horrorów "X", "Pearl" i "MaXXXine", więc klasyczna świąteczna historia ma być znacznie mroczniejsza.

Johnny Depp wciela się oczywiście w Ebenezera Scrooge'a – zgorzkniałego skąpca, którego w Wigilię nawiedzają duchy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych świąt. Pierwszy zwiastun sugeruje, że West rzeczywiście mocno skręcił w stronę horroru. Są upiorne zjawy, mroczne sceny i ponure, zaśnieżone ulice. Nawet litery są w kolorze krwi.

Obsada jest gwiazdorska. Obok Deppa zobaczymy nominowanych do Oscara Iana McKellena ("Władca Pierścieni") i Andreę Riseborough ("Dobry chłopiec"), Tramella Tillmana ("Rozdzielenie), Ruperta Grinta ("Harry Potter") i Daisy Ridley ("Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"). "Ebenezer" trafi do kin 13 listopada, czyli oczywiście w okresie świątecznym. W końcu mówimy o bożonarodzeniowym klasyku.

Najbardziej wymowny moment zwiastuna przychodzi jednak na samym końcu. "Dobrze znów tu być" – mówi Depp ustami Scrooge'a. Ugh. Oczywiście to nie przypadek. West bawi się metatekstualnością i wyraźnie puszcza oko do widzów.

Jeden z największych niegdyś hollywoodzkich gwiazdorów wraca bowiem do Hollywood w swoim pierwszym dużym projekcie od lat. Branża odwróciła się od Deppa po oskarżeniach Amber Heard, a później po kolejnych procesach, a teraz najwyraźniej uznała, że czas na jego wielki comeback. Moim zdaniem (i nie tylko moim, bo głosów sprzeciwu nie brakuje) nie do końca.

Johnny Depp powraca do Hollywood. Niewinny? No niestety nie do końca

Kryzys wizerunkowy Johnny'ego Deppa rozpoczął się w 2016 roku, kiedy jego żona złożyła pozew o rozwód i oskarżyła aktora o przemoc domową. Choć sprawa zakończyła się wówczas ugodą, oskarżenia natychmiast uderzyły w karierę gwiazdora – Hollywood zaczęło się od niego odwracać, a Disney i Warner Bros. zrezygnowały z jego udziału w wielkich franczyzach, takich jak "Piraci z Karaibów" czy "Fantastyczne zwierzęta".

Po procesie o zniesławienie z 2022 roku narracja wokół aktora zmieniła się niemal całkowicie. Depp z człowieka oskarżanego o przemoc stał się dla ogromnej części internetu ofiarą Amber Heard, a transmitowany na żywo proces zamienił się w globalne widowisko. TikTok, YouTube i media społecznościowe zostały zalane nagraniami wyśmiewającymi Heard i przedstawiającymi Deppa niemal jak bohatera, który wreszcie oczyścił swoje imię.

Tyle że rzeczywistość wygląda inaczej. Dwa lata wcześniej Depp przegrał w Wielkiej Brytanii proces przeciwko wydawcy "The Sun", którego pozwał za nazwanie go "żonobijcą". Brytyjski sąd uznał to określenie za "zasadniczo prawdziwe". Sędzia przeanalizował opisywane przez Amber Heard incydenty i uznał 12 z 14 przypadków przemocy fizycznej za udowodnione. W wyroku zaznaczono, że aktorka mogła realnie obawiać się o swoje życie.

Dalsza część artykułu poniżej.

Dokończysz cytat z kultowego filmu? Mało kto zdobywa 15 punktów

logo
Quiz

1 / 16 Co krzyczał uradowany Jack Dawson na pokładzie Titanica?

Fot. Kadr z filmu "Titanic"

Późniejszy proces w Stanach Zjednoczonych z 2022 roku nie unieważnił tamtego wyroku ani nie rozstrzygał bezpośrednio o tym, czy Depp stosował przemoc. Była to sprawa o zniesławienie wizerunkowe, dotycząca felietonu Heard w "The Washington Post". Ława przysięgłych uznała, że Heard zniesławiła Deppa, manipulując faktami i kreując się na jedyną ofiarę, ale jednocześnie przyznała odszkodowanie również jej – za zniesławiające wypowiedzi prawnika aktora.

Zgromadzone w obu sprawach dowody, nagrania i zeznania rysują obraz skrajnie toksycznego związku, w którym dochodziło do wzajemnej przemocy, a agresja nie była jednostronna. Wprost wynika z nich, że Johnny Depp dopuszczał się przemocy wobec Amber Heard. Choć oskarżenia te na lata sparaliżowały jego karierę w Hollywood, ostatecznie zarysowały one relację, w której role kata i ofiary nie były jednoznaczne ani czarno-białe.

Hollywood znów wybacza. A przynajmniej mężczyznom

Hollywood najwyraźniej postanowiło jednak wybaczyć Johnny'emu, bo branża generalnie woli wybaczać mężczyznom niż kobietom. Taki Brad Pitt, który został oskarżony o agresję wobec żony i dzieci podczas lotu samolotem w 2016 roku, ma się świetnie. To na Angelinę Jolie patrzy się spod oka, bo odsuwa od niego dzieci, które same rezygnują z nazwiska ojca. Cóż, może po prostu nie chcą mieć nic wspólnego z przemocowym rodzicem. Amber Heard też oczywiście zniknęła z radaru.

Depp grał do tej pory w mniejszych, europejskich filmach, ale teraz wraca jako gwiazda dużej hollywoodzkiej produkcji Paramountu. Gra człowieka, który po konfrontacji ze swoją mroczną przeszłością dostaje szansę na odkupienie. Wielkie hasło o powrocie "mistrza odmieńców" jest głównym motywem całej promocji. Trudno o bardziej wymowną rolę na comeback.

I właśnie to budzi mój największy niesmak. Nie sam fakt, że Johnny Depp pracuje. Nie uważam, że człowiek, który wyrządził innym krzywdę, powinien na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Ale druga szansa nie polega na wymazaniu przeszłości. Żeby mówić o odkupieniu, trzeba najpierw przyznać, że jest za co przepraszać. Tymczasem Johnny Depp od lat utrzymuje, że nie zrobił nic złego.

Dalsza część artykułu poniżej.

Drażni mnie, jak łatwo Hollywood potrafi przepisać niewygodną historię na przyjemną opowieść o wielkim powrocie. Depp pasuje do tej narracji idealnie: ukochany aktor, wielka gwiazda, ekscentryczny outsider, który został "wygnany", a teraz triumfalnie wraca. Znacznie mniej wygodne jest przypominanie, że za tym wygnaniem stały bardzo poważne oskarżenia, odrażające wiadomości ujawnione podczas procesów i brytyjski wyrok, którego amerykański werdykt magicznie nie wymazał.

Społeczeństwo skupia się tylko na toksycznych zachowaniach samej Heard. Fakt, że Depp pisał w wiadomościach o żonie "Spalmy Amber!!!" oraz "Utopmy ją, zanim ją spalimy!!!", już jest spoko. Pisał też o bezczeszczeniu jej spalonego ciała i nazywał ją tanią dzi*ką. Ale dla wielu to tylko "czarny humor", bo tak to tłumaczył Depp. Boki zrywać. Dodajmy, że brytyjski sąd uznał te wpisy za dowód na realną, zakorzenioną w narkotykowym szale agresję. To nie były żarty z Monty Pythona, to był zapis toksycznej furii.

Nie kupuję tej historii o odkupieniu

Nie mam problemu z oddzielaniem dzieła od twórcy. Robię to bez przerwy, bo inaczej obcowanie z popkulturą szybko stałoby się sportem ekstremalnym. Ale mam granicę między oglądaniem starego filmu z problematycznym aktorem a kupowaniem starannie wyreżyserowanego comebacku, który sam w sobie staje się częścią marketingu. Najwyraźniej pół internetu to kupuje, bo w sieci dominuje ekscytacja nowym zwiastunem. Komentarze pękają od zachwytów, że "mistrz wrócił", a zbiorowa amnezja zalewa internet.

Gdyby to Heard wróciła w tak wielkim filmie, zniszczono by ją w sieci błyskawicznie. Ale w przypadku dawnego odtwórcy roli Jacka Sparrowa wszystko jest w porządku. Hollywood dało mu rolę Ebenezera Scrooge'a – człowieka z mroczną przeszłością, który przechodzi transformację. To bezczelna, marketingowa zagrywka: graj potwora, który dostaje rozgrzeszenie, a widownia rozgrzeszy ciebie.

Naprawdę nie widzicie, że to manipulacja publiką? Ja tym razem podziękuję, bo czuję po prostu niesmak.