John David Washington w Twórcy
John David Washington to syn wielkiego Denzela Washington Fot. Kadr z "Twórcy"

"Twórca" podbił polskiego Netfliksa. Oglądając sci-fi z 2023 roku, trudno nie zadać sobie jednego pytania: dlaczego Hollywood tak bardzo chce zrobić z Johna Davida Washingtona wielką gwiazdę? Syn Denzela Washingtona miał już główne role u Christophera Nolana, Spike'a Lee, Davida O. Russella... Problem w tym, że choć wiele hollywoodzkich nepo babies udowodniło, że talent można odziedziczyć razem ze słynnym nazwiskiem, w jego przypadku jest... odwrotnie. Albo przynajmniej sprawa jest bardziej skomplikowana.

REKLAMA

Nepo babies od kilku lat są jednym z ulubionych tematów internetu (również w Polsce dzięki Helenie Englert). Dakota Johnson, Margaret Qualley, Maya Hawke czy Jack Quaid zawdzięczają swoim rodzicom łatwiejszy start, ale trudno sprowadzić ich kariery wyłącznie do rodzinnych koneksji. Dostali szansę, a później pokazali, że potrafią ją wykorzystać. Trudno też odmawiać talentu całej tej grupie, choć... widzowie wciąż nie zdecydowali, czy gwiazda "Materialistów" umie grać.

John David Washington to syn Denzela Washingtona. Dostaje główne role na tacy

John David Washington jest przypadkiem szczególnie ciekawym. Jest synem Denzela Washingtona, jednego z najwybitniejszych i najbardziej charyzmatycznych aktorów w historii amerykańskiego kina, laureata dwóch Oscarów, ale długo wcale nie zamierzał iść w jego ślady. Gdy koledzy pytali go, czym zajmuje się jego tata, kłamał, że jest budowlańcem albo siedzi w więzieniu, żeby tylko traktowano go normalnie.

Zamiast aktorstwa John David wybrał futbol amerykański i przez lata grał zawodowo. Dopiero kontuzja zakończyła jego sportową karierę i skierowała go w stronę Hollywood. Trudno więc przedstawiać go jako stereotypowe dziecko gwiazdy, które od najmłodszych lat korzystało z nazwiska sławnego ojca.

Tyle że od momentu, gdy trafił do Hollywood, jego kariera potoczyła się w ekspresowym tempie, o którym większość początkujących aktorów może tylko pomarzyć. Spike Lee, Christopher Nolan, David O. Russell, Gareth Edwards – lista reżyserów, z którymi pracował, robi wrażenie. Jeszcze większe, gdy spojrzymy na role, które dostawał: często pierwszoplanowe, w dużych i drogich produkcjach.

I tu pojawia się problem. 41-letni dziś Washington jest aktorem o bardzo ograniczonym sposobie grania – poważna mina, oszczędna mimika i ten sam ton głosu niezależnie od tego, czy jego bohater właśnie rozmawia z kolegą, czy próbuje uratować świat. W "Tenet", najgorszym filmie Christophera Nolana, tę powściągliwość można było jeszcze bronić charakterem postaci. W "Twórcy" Garetha Edwardsa, gdzie emocjonalna więź bohatera z dzieckiem powinna być sercem całej historii, już się nie da. Nic dziwnego, że widzowie nazywają go aktorskim drewnem.

Dalsza część artykułu poniżej.

Zgadnij oscarowy film po kadrze. 12 punktów zdobywają najwięksi kinowi fani

logo
Quiz

1 / 16 Ten kadr pochodzi z filmu:

Najbardziej frustrujące jest jednak to, że John David Washington potrafi grać. Udowodnił to w "Czarnym bractwie. BlacKkKlansman" Spike'a Lee, gdzie miał luz, charyzmę i świetne wyczucie komedii. Zupełnie inaczej wypadł też w "Lekcji gry na pianinie", adaptacji sztuki Augusta Wilsona w reżyserii swojego brata Malcolma Washingtona, w której w końcu gra ekspresyjnego bohatera. Nagle aktor ożył. Podobnie było w "Malcolmie i Marie" Sama Levinsona, twórcy "Euforii" – emocji Washingtonowi nie można było odmówić, choć przyćmiła go Zendaya.

John David Washington umie grać. Ale nie jest leading manem, którego widzi w nim Hollywood

Być może więc problemem Washingtona nie jest brak talentu, ale zły dobór ról. Hollywood uparcie próbuje zrobić z niego klasycznego leading mana i kopię jego genialnego ojca: chłodnego i małomównego bohatera, który kipi charyzmą. Tyle że John David zupełnie się w tym nie odnajduje – właśnie wtedy jest najsłabszy. Paradoksalnie znacznie ciekawszy jest wtedy, gdy pozwala mu się być zabawnym, irytującym, chaotycznym, bardziej ludzkim.

Dalsza część artykułu poniżej.

Porównania z ojcem są oczywiście niesprawiedliwe, ale niemożliwe do uniknięcia. Denzel Washington kradnie dla siebie cały film, John David tego naturalnego ekranowego magnetyzmu po prostu nie ma. I nie byłoby w tym nic złego (większość aktorów go nie ma), gdyby Hollywood nie obsadzało go regularnie w rolach, które wymagają charyzmy.

"Twórca", który teraz dostał drugie życie na Netfliksie, dobrze pokazuje paradoks jego kariery. John David Washington nie jest fatalnym aktorem i ma role, którymi udowodnił, że bycie synem Denzela nie jest jego jedynym atutem. Jednocześnie nie ma raczej wątpliwości, że bez nazwiska "Washington" nie dostałby aż tylu kolejnych szans na zostanie wielką hollywoodzką gwiazdą. To nie jest typ aktora, który zachwycił jedną rolą i nagle zaczęła się o niego bić cała fabryka snów.

Nepotyzm może otworzyć pierwsze drzwi, ale nie powinien automatycznie otwierać wszystkich kolejnych. W przypadku Washingtona te drzwi wciąż stoją otworem. Szkoda tylko, że Hollywood uparcie prowadzi go przez nie do ról, w których wypada najgorzej. Nie róbmy z niego drugiego Denzela Washingtona. Denzela nie da się podrobić.