Bartłomiej Topa w 3. sezonie "1670"
Bartłomiej Topa w 3. sezonie "1670", a w źródle "Fot. materiał prasowy / Netflix" Fot. materiał prasowy / Netflix

Na trzeci sezon "1670" czekało naprawdę sporo osób. Stawka była tym razem o wiele wyższa. W końcu pierwsza odsłona historii rodu Adamczewskich była tylko eksperymentem. Jak udało się "pociągnąć" losy bohaterów? I czy było warto czekać?

REKLAMA

Od razu przyznam, że jestem fanem "1670". I to już od pierwszego odcinka. Serial połączył wszystko, co uwielbiam: historię, cringe'owy humor i estetykę mockumentu. Pytanie, czy udało się i tym razem? Czy trzeci sezon jest w ogóle oglądalny?

Recenzja 3. sezonu "1670". Hit Netflixa zdecydowanie daje radę

Nie będę cię, drogi czytelniku, trzymał dalej w niepewności: tak, nowe odcinki serii są świetne! Nadal mamy tu wszystko to, co pokochaliśmy w poprzednich dwóch sezonach: czarny humor, cringe, puszczanie oka do współczesnego widza i barwne postaci. Mało tego, jest nawet sporo wzruszeń!

Dalsza część artykułu poniżej.

Przypomnę na początku, jak zakończył się sezon drugi. Jan Paweł Adamczewski dowiedział się, że jego szlachectwo jest niepewne. Nasi bohaterowie opuszczają Adamczychę: Maciej rusza w podróż do lepszego świata, Aniela chce go odnaleźć, Jakub jedzie do Warszawy, a Stanisław z ukochaną... tak, oni też postanawiają sprawdzić, czy poza ich wsią nie jest przypadkiem lepiej. W folwarku zostaje Jan Paweł z małżonką. I ten okropny sąsiad, Andrzej.

I właśnie tak rozpoczyna się sezon trzeci: jeden z bohaterów (nie zdradzę, kto) wraca do naszej ulubionej szlacheckiej wsi i zastaje tam... istne pandemonium. Jan Paweł ciężko przeżywa zabrane mu szlachectwo, Zofia topi w alkoholu smutek po dzieciach, które wyrwały się spod jej kurateli (czasami, jak widać, sama modlitwa nie pomaga).

Więcej nie powiem. Dodam tylko, że bardzo kreatywnie "pociągnięto" wątek Bogdana, a jego nowy status w opowieści jest źródłem masy zabawnych gagów. Powraca – i to w dość odważnej scenie – Maciej. Aniela w tym sezonie odgrywa może nawet najważniejszą rolę spośród wszystkich bohaterów. A, jest oczywiście także Jakub, którego poznajemy z nieco innej strony (żeby ksiądz robił takie rzeczy!).

Bartłomiej Topa w 3. sezonie "1670"
Bartłomiej Topa w 3. sezonie "1670" Fot. materiał prasowy / Netflix

Jeszcze ostrzejszy humor

Fabularnie serial działa, a jak z humorem? Na tym polu jest – przynajmniej moim zdaniem – lepiej niż w drugim, nieco grzeczniejszym sezonie. Jest tu i makabra (wspomniany już powrót na ekran Macieja), i cringe (scena "łóżkowa" Jana Pawła w chłopskiej chacie), i świetne dialogi (nimi zresztą "1670" stoi od początku), i udane odwołania do klasyki kina i literatury (sam początek sezonu i scena z łbem tura). Ponownie mamy oczywiście kpinę z polskich przywar (co ciekawe, tym razem wściekną się nie tylko elity, ale i lud pracujący) i zabawne odwołania do współczesności.

Najwspanialszym elementem jest jednak to, że twórcy podkreślają, że świat nie jest czarno-biały. Łatwo można byłoby pójść tu na łatwiznę i pokazać głupią szlachtę (elity) i mądry lud (chłopstwo). I szczególnie w pierwszym sezonie nieco tak było. Tym razem twórca scenariusza, Jakub Rużyłło, pokazuje, że ludzi nie powinno się oceniać w kategorii "klasy społecznej". Najwięcej na ten temat powie ci fabuła ostatniego odcinka sezonu.

Kostiumów mogą pozazdrościć twórcy superprodukcji

Możliwe, że wejście w ten XVII-wieczny świat nie byłoby tak łatwe, gdyby nie kostiumy i scenografia. Aż szkoda, że wszystko zostało wykorzystane w serialu komediowym, a nie w nowej wersji filmowej trylogii Sienkiewicza (doczekamy się takowej?)! Stroje na dworze są piękne i czyste, te chłopstwa brudne i odpychające, Adamczycha wygląda jak odrestaurowany z funduszy unijnych skansen.

Twórcy poszerzają też świat przedstawiony. Dzięki temu więcej czasu spędzamy na dworze królewskim czy nawet na terenach obecnej Ukrainy. Szczególnie sceny z Kozakami robią świetne wrażenie, także pod kątem choreograficznym (przekonacie się, oglądając serial).

Chcę znowu do Adamczychy!

Minus? Jest w ogóle jakiś? Jasne, jest jeden. Sezon jest za krótki. Tylko osiem półgodzinnych odcinków, które tak wciągają, że to produkcja na jeden wieczór. Potem widz musi robić rewatch (spoiler: dziś obejrzę po raz drugi).

Gdybym miał się jeszcze czepiać, to tego, że tym razem sezon kończy się tak, jak teoretycznie mogłaby zakończyć się cała seria (tylko nie to!). Po prostu stawka nie jest już tak wysoka, jak była, gdy kończyliśmy sezon drugi. Nie zmienia to jednak faktu, że osobiście czekam na kontynuację.

Warto tu przypomnieć, jak pisaliśmy w naTemat, że 1670 działa na Polaków nie bez powodu – XVII-wieczna Polska to nasze lustro, w którym sarmackie przekonanie o wyjątkowości narodu wciąż rezonuje z aktualną debatą publiczną.