
"Ścieżki życia" to jeden z tych filmów, które bardzo łatwo polubić. Piękne krajobrazy, Gillian Anderson, Jason Isaacs i prawdziwa historia małżeństwa, które po utracie domu i w obliczu ciężkiej choroby rusza pieszo przez angielskie wybrzeże. Film trafił na HBO Max w Polsce i szybko znalazł się wśród najpopularniejszych tytułów platformy. Tyle że z tą "prawdziwą historią" jest pewien problem. Wokół autobiografii Raynor Winn wybuchł niemały skandal.
Brytyjskie "Ścieżki życia" są adaptacją bestsellerowego pamiętnika Raynor Winn "The Salt Path" ("Słone ścieżki") z 2018 roku. Raynor i jej mąż Moth tracą dom, a wkrótce dowiadują się również o ciężkiej chorobie mężczyzny. Zamiast się poddać, postanawiają przejść ponad 1000 kilometrów angielskiego szlaku turystycznego South West Coast Path, śpiąc pod namiotem i szukając w drodze sposobu na rozpoczęcie życia od nowa (czyli podobna historia jak głośna "Dzika droga" Cheryl Strayed). To historia o stracie, miłości, naturze i próbie odzyskania kontroli nad własnym życiem.
Na ekranie w Raynor i Motha wciela się znakomity duet: Gillian Anderson ("Z archiwum X", "Sex Education") i Jason Isaacs ("Harry Potter", "Biały Lotos"). Film wyreżyserowała twórczyni teatralna Marianne Elliott, a scenariusz napisała Rebecca Lenkiewicz, współscenarzystka oscarowej "Idy" Pawła Pawlikowskiego. "Ścieżki życia" krytykowano za nierówny scenariusz, ale doceniono zapierające dech w piersiach zdjęcia i główne role. Na Rotten Tomatoes film ma obecnie 85 proc. pozytywnych ocen krytyków.
W Polsce kameralny dramat miał premierę kinową w styczniu 2026 roku, a w sierpniu trafił na HBO Max. Szybko zwrócił na siebie uwagę Polaków, bo utrzymuje się w topce najpopularniejszych filmów. Problem w tym, że już po brytyjskiej premierze filmu wokół książki Raynor Winn wybuchł skandal. W lipcu 2025 roku "The Observer" opublikował śledztwo, które zakwestionowało kluczowe elementy jej bestsellerowych wspomnień.
"Ścieżki życia" wcale nie są prawdziwą historią? Pojawił się problem z książką Raynor Winn
Raynor Winn (tak naprawdę Sally Walker) opisywała utratę domu jako konsekwencję nieudanego interesu, jednak dziennikarze dotarli do dokumentów i świadków sugerujących, że za problemami finansowymi pary stała zupełnie inna historia: Winn miała zostać oskarżona o przywłaszczenie dziesiątek tysięcy funtów od byłego pracodawcy, a później para miała zaciągnąć pożyczkę pod zastaw domu. "Observer" wskazał też na nieruchomość we Francji, która raczej nie pasowała do narracji o całkowitej bezdomności.
Podano też w wątpliwość diagnozę Motha (w rzeczywistości Tima Walkera) i przedstawiane w książce wyraźne polepszenie jego stanu. Eksperci medyczni cytowani przez "Observera" mieli zastrzeżenia, czy jego objawy i późniejsza poprawa pasują do diagnozy zwyrodnienia korowo-podstawnego (CBD). A dodajmy, że choroba męża Winn jest jednym z dwóch filarów całej historii – obok wspomnianej utraty domu.
Czy "Słone ścieżki" są więc zmyślone? Winn wszystkiemu zaprzeczyła. Nazwała materiał "wysoce mylącym", zapowiedziała konsultacje prawne i podtrzymała, że "The Salt Path" jest prawdziwą historią ich wspólnej podróży. Stwierdziła, że dom we Francji nie nadawał się do zamieszkania, opublikowała także dokumentację medyczną, która miała odpowiedzieć na zarzuty dotyczące choroby Motha.
Kontrowersje nie ograniczyły się zresztą do samej historii. Okazało się również, że Winn wcześniej opublikowała inną książkę pod pseudonimem Izzy Wyn-Thomas, mimo że przez lata przedstawiano "Słone ścieżki" jako jej debiut. To akurat ważny szczegół, bo "autorka znikąd", która bez wcześniejszego doświadczenia literackiego opisała własną trudną historię i przemieniającą podróż, była częścią fenomenu "Słonych ścieżek". Winn otrzymała za swoje wspomnienia (a przynajmniej wspomnienia w teorii) m.in. nagrodę dla debiutującego autora.
Wybuchł skandal. Organizacja PSPA, zajmująca się wsparciem osób z CBD, zakończyła współpracę z parą. Przełożono też premierę jej nowej książki "On Winter Hill", która miała pojawić się na półkach brytyjskich księgarń jesienią 2025 roku, ukaże się dopiero w 2028 roku.
Gillian Anderson, która wcieliła się w Raynor, przyznała, że cała sytuacja była dla niej bolesna. – To było jak zdrada, ponieważ spędziliśmy czas z Winnami – powiedziała aktorka, wspominając, jak bardzo ona i ekipa byli przekonani do historii przedstawionej w książce. W innym wywiadzie określiła sytuację jako "bardzo rozczarowującą".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
To nie pierwszy taki problem z autobiografiami. Kochamy zbyt idealne historie?
I właśnie tutaj pojawia się ciekawsze pytanie: co właściwie dzieje się z historią, która miała być prawdziwa, ale niekoniecznie taka jest?
"The Guardian" zwraca uwagę, że problem jest znacznie szerszy niż przypadek Winn. W przypadku autobiografii wydawcy w dużej mierze muszą zaufać autorowi, a nie istnieje system, który byłby w stanie sprawdzić każdy szczegół czyjegoś życia. Jak zauważa brytyjski dziennik, true story jest też po prostu łatwiejsze do sprzedania niż fikcja inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.
Być może problemem jest nie tylko to, że ludzie chcą wierzyć w prawdziwe historie, ale też to, że chcemy, by były idealnymi opowieściami. Kryzys, choroba, droga, przemiana, nadzieja – "Ścieżki życia" mają niemal perfekcyjną konstrukcję narracyjną. A takie opowieści są szczególnie uwielbiane, bo dają poczucie, że nawet największe nieszczęście ma sens i po latach stanie się piękną historią do opowiadania wnukom. "The Guardian" zauważa, że "zbyt schludny" przebieg wydarzeń powinien jednak wzbudzić naszą czujność. Bo czy życie na pewno tak wygląda?
Skandal z autobiografią Winn nie musi oczywiście oznaczać, że "Ścieżki życia" przestają działać jako film. Można oddzielić ekranową opowieść od jej pierwowzoru, choć nie jest to już to samo, co oglądanie "prawdziwej historii". Fikcja albo półfikcja nie jest aż tak zachęcająca, nawet jeśli jest wyjątkowo piękna.




