
1 lipca 2026 roku zapisze się nie jako symboliczny początek wakacji, ale jako czarny dzień dla kilkudziesięcioletniej historii gamingu. Sony oficjalnie poinformowało, że rezygnuje z płyt, a nowe gry będzie sprzedawać tylko w wersji cyfrowej. To wisiało w powietrzu od dawna, ale więcej w tym biznesu niż dobra i wygody graczy.
W środę 1 lipca firma Sony oficjalnie poinformowała, że era fizycznych nośników gier przechodzi do lamusa. Od 2028 roku wszystkie nowe produkcje będą sprzedawane wyłącznie w wersji cyfrowej. To ostateczna klęska kolekcjonerów, posiadaczy sklepów z grami, ale i nas, graczy. Bo już nie tylko GTA VI w wersji cyfrowej nie będzie w pełni waszą własnością. Za dwa lata tak naprawdę nie będziemy posiadać żadnych nowych gier. To tragedia i koniec pięknej historii branży.
Vinted uwierało PlayStation? Koniec z kupowaniem tanich gier na płytach
Historia gamingu od początku miała jeden wspólny mianownik – nośniki. Pierwsze gry zapisywano na papierowych kartach perforowanych i taśmach. Później były taśmy magnetofonowe, kartridże, dyskietki, aż wreszcie płyty. Najpierw CD, później DVD, aż doszliśmy do współczesnych płyt Blu-ray.
Formy zapisu były różne, ale niezmiennie przez dziesięciolecia gracze mieli fizyczny dowód, że posiadają dany tytuł i nikt nie może im go odebrać. W międzyczasie rozpoczęła się jednak era cyfrowa, która ze względu na swoją wygodę i szybkość dostępu zaczęła wypierać klasyczny rynek. Kilka kliknięć i gra jest na dysku komputera czy konsoli, a na dodatek nie musicie wkładać żadnej płyty do napędu. Cudowne rozwiązanie, prawda? Ano prawda, dopóki nie zaczniecie przepłacać za gry. Od 2028 roku będzie to niestety normą, bo nie będzie żadnej konkurencji dla PS Store.
A to się szybko odbije na cenach. Jak? Pierwszy z brzegu przykład. Moje ukochane Ghost od Yotei dla którego w ogóle kupiłam PS5. W PS Store aktualna cena to 339 zł. W Empiku na promocji kosztuje 235 zł, a cena regularna to 257 zł. Idąc dalej – Clair Obscur: Expedition 33, czyli najlepsza gra 2025 roku. Cena w PS Store to 219 zł, a w Media Expert kosztuje 159,99 zł w promocji (199,99 zł regularnie). Gry pudełkowe to po prostu realna oszczędność. I jasne, wersje cyfrowe też bywają w promocji, ale trzeba na nie polować, a w obecnej sytuacji okazja cenowa może trafić się w różnych miejscach, a nie tylko w jednym konkretnym sklepie.
Wielką zaletą płyty z grą był nie tylko fakt, że dopóki ktoś jej wam nie ukradł albo sami jej nie zniszczyliście, była wasza. Takie pudełko zawsze można było łatwo odsprzedać dalej. Tytuł nie przypadł wam do gustu? Wchodzicie na Vinted albo OLX i sprzedajecie go, odzyskując przynajmniej część pieniędzy. Przeszliście dany tytuł? Możecie puścić go dalej i zebrać trochę gotówki na kolejną pozycję.
Ja takie gry z drugiej ręki chętnie kupuję do dziś. Kilka dni temu, po całej aferze z GTA VI tylko w wersji cyfrowej, na Vinted zamówiłam GTA V w wersji na PS4. Nigdy w ten tytuł nie grałam, ale to kawał historii, więc stwierdziłam, że chcę spróbować tego owocu pracy Rockstar Games. Za pudełko zapłaciłam 30 zł. Z PS Store pobrałam darmową aktualizację do wersji na PS5. Ten sam tytuł w cyfrowym sklepie PlayStation kosztowałby mnie 85 zł. Nie wiem jak wy, ja wolę mieć 55 zł w kieszeni niż przepłacać za to, że nie będę musiała wrzucać płytki do napędu.
I czy naprawdę to kupowanie gier z drugiej ręki aż tak bolało Sony, że postanowiło rozprawić się z wersjami fizycznymi? Pewnie tak. Do tego dochodziły też kwoty związane z produkcją opakowań, tłoczeniem płyt, magazynowaniem tego wszystkiego. Ale bądźmy szczerzy – te gry kosztują teraz tyle, że to i tak się opłacało.
No chyba że Sony i inne studia planują wypuszczać więcej chłamu pokroju Concorda, którego chyba nawet za darmo nikt nie chciałby ogrywać. Ale to już nie wina graczy, a wasza, Sony. To wasza ignorancja i zła decyzja w kwestii inwestycji doprowadziły do tego upadku. W pozostałych przypadkach można było po prostu ograniczyć nakład. Tak działa to w przypadku "Indiany Jonesa i Wielkiego Kręgu". Ich pudełka świetnie trzymają cenę. Mimo iż branża i tak jest w kryzysie, a rząd rzuca się na ratunek gamingowi.
Zobacz także
Gra w wersji cyfrowej nie jest w pełni twoja. PlayStation dobitnie to udowodniło
Posiadanie fizycznej płyty z grą miało jeszcze jedną wielką zaletę. Wystarczyło wrzucić ją do napędu, zainstalować i można było grać. Nie interesowały was żadne licencje, abonamenty czy nawet dostęp do internetu (choć pojawiały się aktywacje online). Wystarczył prąd, konsola, ekran i pad, żeby móc się cieszyć danym tytułem. Bo był on w pełni wasz. Fizyczny i namacalny.
Z grami cyfrowymi nigdy tak nie będzie. I Sony już raz pokazało, że ma swoich klientów w głębokim poważaniu. Pod koniec czerwca osoby, które kupiły filmy w wersji cyfrowej, otrzymały wiadomość, że produkcje, za które zapłacili, zostaną im odebrane i usunięte z ich kont. Dokładnie 551 tytułów w Wielkiej Brytanii idzie do śmieci z powodu "umów licencyjnych". A jeszcze w 2021 roku Sony zapewniało, że nic takiego się nie wydarzy.
I jak tu teraz zaufać firmie, która mówi: kupcie sobie droższą grę w wersji cyfrowej, której nie będziecie mogli nigdy odsprzedać, a my może jej wam nie usuniemy? Na świecie pewne są tylko podatki i śmierć. Wszystko inne to tylko umowa, którą łatwo można zmienić lub zerwać. A jak już tak się stanie, to nam pozostanie tylko narzekać, bo sami pozwoliliśmy na odebranie sobie prawa własności.
Więc tak – decyzja Sony o usunięciu płytowych wydań jest dla mnie niczym splunięcie w twarz, pokazanie środkowego palca i jasny przekaz: chcesz grać, to płać za to jeszcze więcej. Tak samo, a nawet gorzej, czują się pewnie kolekcjonerzy, którzy latami zbierali najlepsze, najrzadsze egzemplarze i pilnowali ich niczym Smaug swojego złota.
Ostatecznie decyzja Sony to też zamach na właścicieli sklepów z grami, którzy latami pomagali im i innym wydawcom się bogacić, bo sprzedawali ich tytuły. Oni pewnie od razu nie znikną z rynku, bo moda na retro gry ma się coraz lepiej, a ludzie będą nadal nimi zainteresowani. Zresztą takie sklepy będą jak muzea, w których za kilkanaście lat będziemy pokazywać, jak wyglądały gry, kiedy jeszcze naprawdę były naszą własnością.






