bingepwatching
Binge-watching nie taki zły, jak go malują Fot. Kadr ze "Stranger Things" / naTemat

Binge-watching od lat ma złą prasę. Zarzuca mu się uzależnianie, marnowanie czasu i ucieczkę od prawdziwego życia. A ja uważam, że oglądanie serialu jednym ciągiem potrafi dać coś, czego cotygodniowa emisja nigdy nie zapewni.

REKLAMA

Zuzanna Tomaszewicz, moja redakcyjna koleżanka, uważa, że oglądanie co tydzień bije na głowę binge-watching. Mamy spór: ja mam zupełnie inne zdanie. To oglądanie serialu na raz wygrywa z tym cotygodniowym.

Binge-watching ma mroczne strony, ale pozwala odpocząć od świata

Nie zamierzam tu nikogo przekonywać, że bezrefleksyjne, kompulsywne przesiadywanie przed ekranem przez kilkanaście godzin to zdrowa i wspaniała opcja. Absolutnie nie. Binge-watching ma swoje mroczne strony: bywa formą chronicznej ucieczki od rzeczywistości, potrafi zaburzyć rytm snu i negatywnie wpływać na nasze samopoczucie, jeśli stracimy nad nim kontrolę. Jeśli dzień w dzień zarywasz noce, bo nie potrafisz oderwać się, dajmy na to, od ekranizacji Cobena na Netfliksie, to masz problem. W tym się z Zuzą oczywiście zgadzam.

Ale jeśli potrafisz binge'ować z umiarem, w oglądaniu serialu na raz jest coś absolutnie magicznego. Kiedy lata temu zaczęłam korzystać z Netfliksa, byłam w raju. Nigdy nie znosiłam czekania na odcinek co tydzień, byłam niecierpliwa. Cały serial od razu? Nowy, wspaniały świat.

Binge-watching bywa ucieczką, ale nie musi oznaczać unikania rzeczywistości. Owszem, były momenty, kiedy tym dla mnie był. W depresyjnych epizodach oglądanie odcinka za odcinkiem było dla mnie sposobem na przetrwanie.

Teraz jest dla mnie rozrywką w wolne dni. Uwielbiam ten moment. Sobota wolna, nie muszę nigdzie iść, nic robić. Układam stos poduszek, kokoszę się na łóżku i oglądam. Jasne, z przerwami, ale mogę wejść w historię i doświadczyć jej w całości, bez rozdrabniania, bez przerywania.

Żyjemy w czasach gigantycznego przebodźcowania i ciągłego rozproszenia uwagi. Możliwość odcięcia się w weekend od maili, powiadomień i problemów, a następnie spędzenia kilku godzin w precyzyjnie wykreowanej rzeczywistości daje poczucie wielkiej przygody. To współczesny odpowiednik zarwania nocy nad grubą powieścią, od której nie da się oderwać (znam również i to uczucie). Przyjemność, satysfakcja, odpoczynek i, jak podkreślają psycholodzy, obniżenie stresu.

Zanurzasz się w opowieści i nikt cię z niej nie wyrywa

Imersja jest dla mnie jedną z największych zalet binge-watchingu. Kiedy oglądałam "Rycerza Siedmiu Królestw", odcinek co tydzień szczególnie mi przeszkadzał, bo chciałam zanurzyć się w opowieść o Dunku i Jaju, ale byłam z niej nagle wyrywana. Potem ciężko mi było z powrotem odnaleźć emocje, które towarzyszyły mi wcześniej. Co oczywiście nie oznacza, że gorzej odebrałam "Rycerza" – umiem docenić każdy dobry serial, niezależnie od jego formy. Produkcja HBO jest absolutnie fantastyczna, to jeden z najlepszych seriali roku.

Przy cotygodniowym dawkowaniu serialu imersja wyraźnie słabnie. Oglądając historię jednym ciągiem, mocniej zżywamy się z bohaterami i łatwiej wchodzimy w świat przedstawiony. Nie zapominamy smaczków, niuansów ani trzecioplanowych wątków, które reżyser gdzieś poukrywał w tle. Emocje nie zdążą opaść, nie trzeba przypominać sobie, co wydarzyło się tydzień wcześniej. A nawet jeśli pamiętasz fabułę, emocje nie są już takie same – potrzebują chwili, żeby wrócić.

Współczesne seriale przypominają dziś pocięte na kawałki (bardzo długie) filmy kinowe. To już nie są "Przyjaciele", "Chirurdzy" czy "Kryminalne zagadki Las Vegas" – osobne historie, które możesz oglądać w dowolnym momencie. Dziś seriale opowiadają jedną, wielką opowieść podzieloną na odcinki. Moim zdaniem tylko binge-watching pozwala w pełni docenić jej strukturę i płynność. Najbliżej mu do kinowego doświadczenia.

Z perspektywy widza nie ma też chyba nic bardziej irytującego niż sztucznie generowany cliffhanger, który każe nam czekać siedem dni na rozwiązanie banalnej sytuacji. Pewnie, cliffhangery są tak skonstruowane, żebyśmy w przypadku dostępności całego serialu momentalnie wcisnęli "oglądaj następny odcinek". Mają utrzymać naszą uwagę, ale cliffhangery w serialu emitowanym co tydzień również są cyniczne – mają utrzymać subskrybenta przez kilka tygodni. Co innego zaspokoić swoją ciekawość teraz, a co innego czekać cały tydzień z dyskomfortem.

W tym oczekiwaniu jest magia, owszem, to jak czekanie na Gwiazdkę. Ale kiedy cliffhanger okazuje się tanim chwytem, który zrobił nas w balona, ma się poczucie bycia oszukanym. Wolę planować seans na własnych zasadach, zamiast pozwalać algorytmom i korporacjom dawkować mi emocje według ich tabelek w Excelu.

Dalsza część artykułu poniżej.

Emisja co tydzień psuje niektóre seriale

Oczywiście nie wszystkie seriale nadają się na binge. Jakiś czas temu moja siostra postanowiła pierwszy raz obejrzeć "The Walking Dead". Podczas urlopu spędzanego w domu oglądała odcinek za odcinkiem, co sprawiło, że śniły jej się zombie i porozrywane ciała. Nie dała rady (zwłaszcza że kolejne sezony były coraz gorsze).

Ale nie wszystkie seriale nadają się też do oglądania po jednym odcinku tygodniowo. Przykład z ostatnich miesięcy to "Ta moja siostra Bennet". Dziesięć półgodzinnych odcinków, każdy co siedem dni. Naprawdę trudno wciągnąć się w kameralną, obyczajową historię, która nie ma szybkiego tempa ani intensywnej akcji, jeśli trzeba czekać na kolejny epizod. Ten typ serialu potrafi szybko zniechęcić widza, który, jeśli od razu nie wejdzie w ten świat, może po prostu zrezygnować. U mnie było odwrotnie: pokochałam historię Mary Bennet tak bardzo, że klęłam pod nosem na koniec każdego odcinka. To były tortury.

Kryminały i thrillery, które opowiadają jedną historię, też zupełnie nie nadają się do oglądania co tydzień. Jak masz bawić się w kanapowego detektywa i zapamiętać wszystkie elementy układanki przez kilka tygodni?

Ostatecznie wszystko sprowadza się do wyboru. Niech każdy ogląda tak, jak lubi: Zuza może dawkować sobie przyjemność, celebrując każdą środę. Sama cieszę się z "Rodu smoka" w poniedziałki. Ale chcę mieć prawo do tego, by raz na jakiś czas zaszyć się pod kocem i spędzić weekend w innej rzeczywistości.

Obydwa te sposoby oglądania mają rację bytu, dlatego nie podoba mi się, że platformy (oprócz Netfliksa) zaczynają coraz bardziej zwracać się ku oglądaniu co tydzień. Pozwólcie nam po prostu raz na jakiś czas zniknąć w fikcji.