kadr z "Odysei"
"Odyseja" to najlepszy film Nolana od lat Fot. materiały prasowe

Za nami premiera "Odysei", najbardziej wyczekiwanego filmu tego roku. Czy było jednak na co czekać? Zdecydowanie tak! Tak powinno się przenosić na wielki ekran mity greckie.

REKLAMA

Od lat żaden film nie wzbudzał tak dużych emocji przed premierą. I to nierzadko niezdrowych. Przyszli widzowie żyli plotką (jak się okazało, nieprawdziwą), że Achillesa w "Odysei" ma zagrać traspłciowy Elliot Page. Do tego wielu nie spodobał się fakt, że w Helenę wcieliła się Lupita Nyong'o. Wielbiciele historii załamywali ręce na widok "vaderowego" hełmu Agamemnona. Czy jednak ostatecznie film się broni, a wszystkie te uwagi należy uznać za niepotrzebne czepialstwo?

Recenzja "Odysei". Nolan przypomniał sobie, w jakim celu powstało kino

Najpierw mały coming out: nie jestem fanem ostatnich filmów Christophera Nolana. Będąc szalikowcem "Memento", wymęczyłem się na jego "Batmanach", nie poczułem atmosfery pola walki na seansie "Dunkierki" i przede wszystkim cierpiałem katusze przy "Tenet". "Oppenheimer" także uważam za film przeceniany, ale tu pojawiły się już promyki nadziei, które wystrzeliły przy "Odysei".

Ekranizacja eposu Homera jest bowiem wielkim widowiskiem, ale twórcy nie zapomnieli tutaj o najważniejszym: opowieści. Zresztą mit jako taki jest tutaj jednym z motywów przewodnich. By pojąć w pełni to, co zrobił tu Nolan, trzeba pamiętać, że sam zbiór greckich legend nie był nigdy czymś na miarę lore "Władcy pierścieni". Po starożytnej Helladzie krążyły różne wersje tej samej historii. I twórcy "Odysei" zręcznie ten fakt wykorzystali.

W ekranizacji słynnego eposu mamy trzech narratorów: ślepca Eumaeusa (John Leguizamo), Menelaosa (Jon Bernthal) i samego Odysa (Matt Damon). Świetnym pomysłem było oddanie głosu temu ostatniemu, który, karmiony narkotykiem, opowiada nam najbardziej fantastyczne fragmenty swojej historii. Pozwala to zlepić mityczny świat przedstawiony z historycznymi realiami. W efekcie mamy tu i cyklopa Polifema, i wiedźmę Kirke, i jednocześnie ludy morza, które, jak wskazują historycy, na przełomie XIII i XII w. p.n.e. zniszczyły cywilizację mykeńską.

Najlepiej intencje twórców – mieszanie historii z mitem – widać w scenach z Ateną (Zendaya). Tą widzi tylko Odyseusz. Możemy więc uznać, że jego skołowany umysł upiększył też to, co spotkało jego samego i jego towarzyszy. To jednak moja interpretacja. Jak wypada sam film?

"Odyseja" Nolana to kino drogi i antyczny "Oppenheimer"

"Odyseja" to jednak przede wszystkim klasyczne kino drogi: opowieść o Odyseuszu, który nie tylko nie potrafi wrócić do domu, ale też poskładać psychicznie sam siebie. Na tym poziomie film przypomina "Oppenheimera": staje się przestrogą przed tym, do czego może doprowadzić niszczenie cywilizacji, ale nie tylko w postaci wojennej pożogi, ale także łamania zasad moralnych, które nią rządzą. Koń trojański jest tutaj antycznym odpowiednikiem bomby atomowej, nową formą broni, wymierzoną jednak nie tylko we wrogów Achajów, ale też zagrażającą całemu porządkowi.

Dalsza część artykułu poniżej.

Czy rozpoznasz film fantasy po kadrze?

logo
Quiz

1 / 15 Z jakiego filmu pochodzi ten kadr?

Fot. materiał prasowy

Przy takiej stawce łatwo popaść w przesadny patos. I Nolan w paru momentach niebezpiecznie się o to ociera. Choćby sam koniec filmu zaczyna zahaczać o kiczowaty, melodramatyczny ton. Całe szczęście, gdy widz ma już prychnąć z zażenowania, wszystko zostaje odwrócone prostym i (nie wiedzieć czemu) rzadko stosowanym w kinie zwrotem akcji.

W kwestii napięcia Nolan także zręcznie gra z widzem. Mamy charakterystyczne dla niego zabawy z chronologią. Odyseusz pojawia się zaś na ekranie zaskakująco późno – pierwsze minuty to właściwie prolog, który pozwala nam poznać świat przedstawiony. Całe szczęście twórca "Mrocznego rycerza" poskąpił nam tym razem swojego innego znaku rozpoznawczego, czyli niemal tiktokowego montażu, dzięki czemu w wielu momentach możemy poczuć klimat mitycznej Hellady. Dynamika mocno rośnie, ale wtedy, gdy powinna: przykładowo w satysfakcjonującym payoffie.

Ten ostatni Nolan zręcznie uzyskuje, bawiąc się różnymi gatunkami filmowymi. Mamy tu więc i kino "historyczne", i monster movie, a nawet body horror.

Dalsza część artykułu poniżej.

Skoro o tych dwóch ostatnich mowa, zapewne wiele osób będzie narzekać na efekty specjalne. I faktycznie, dla Polifema byłoby lepiej, gdyby pozostał stale w cieniu. Scylla też mogłaby być kręcona w nocy. Ich wygląd nie wybija jednak z imersji i pozwala nam nadal chłonąć to, co widzimy na ekranie.

Skoro o niebezpieczeństwach mitycznego świata mowa, mała dygresja: wypada pochwalić twórców za przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. W momencie rejestrowania syreniego śpiewu wyciszyli dźwięk. Nie musicie więc na seans brać ze sobą wosku!

Jeżeli mówimy już o klimacie, nie sposób nie dodać, że na planie zdjęciowym zdecydowanie zabrakło twórcy "Wikinga", Roberta Eggersa. Przecież taka ekranizacja aż prosi się o przynajmniej parę scen mistycznych, narkotycznych, jeszcze bardziej podkreślających, że na naszych oczach zacierają się granice pomiędzy realnością a snem.

Twórcy wracają poturbowani, ale z tarczą

Nie jest więc tak, że "Odyseja" jest filmem bez wad czy niedociągnięć, o czym w swojej recenzji pisała Zuzanna Tomaszewicz z naTemat. Poza nieszczególnie udanymi efektami specjalnymi, lukami w logice świata przedstawionego (wątek Kirke!) i niewykorzystanym potencjałem mitycznych realiów, pewnym zawodem może być brak roli wybitnej. Aktorzy wypadają na ekranie dobrze (przy takiej liście płac byłoby dziwne, gdyby było inaczej), ale nie sądzę, że by ktokolwiek z nich zagrał tu "życiówkę".

"Odyseja" jest w efekcie obrazem bardzo dobrym, jedną z najlepszych ekranizacji mitu greckiego od lat, ale do doskonałości nieco jej brakuje. Co nie zmienia jednak faktu, że to must-see dla fana kina i dowód na powrót Nolana do formy.