grafika z ręką trzymającą telewizor
Paradoks wyboru jest prawdziwy. Można go okiełznać Fot. Shutterstock

Streaming miał być spełnieniem marzeń, a stał się (trochę) przekleństwem. Kilkanaście platform, setki filmów i seriali, premiery wyskakujące co tydzień i listy "do obejrzenia", które rosną w zatrważającym tempie. Sama często łapię się na tym, że zamiast coś oglądać, po prostu szukam (tak, to problem pierwszego świata, ale jeśli kochacie popkulturę, jest naprawdę istotny). Jeśli znacie to aż za dobrze, mam kilka patentów, które pomagają zapanować nad streamingowym chaosem.

REKLAMA

Jeszcze kilkanaście lat temu marzyliśmy o tym, żeby mieć wszystkie filmy i seriale dostępne od ręki. Bez czekania na emisję w telewizji, polowania na powtórki i kupowania DVD. Potem pojawił się streaming i przez chwilę wydawało się, że jesteśmy w raju. Tyle że jedna platforma szybko zamieniła się w dwie, trzy, pięć, a potem kilkanaście.

Netflix, HBO Max, Disney+, Prime Video, Apple TV, SkyShowtime, CANAL+, Player, TVP VOD... Każda ma własne premiery i własne hity, które "koniecznie musimy obejrzeć". Do tego dochodzą polecajki znajomych, TikTok, Instagram, zwiastuny, rankingi i artykuły (tak, również nasze).

Obecnie mam więcej rzeczy do obejrzenia, niż prawdopodobnie zdążę zobaczyć do końca życia, a i tak zdarza mi się przez pół godziny zastanawiać, co włączyć. Nie zawsze, bo często biorę tytuły z listy (o niej za chwilę) albo oglądam głośne nowości, bo z racji zawodu muszę być na bieżąco.

Ale czasami bywa ciężko. Otwieram Netfliksa. Scrolluję. Nic. Przechodzę na HBO Max. Tam przypominam sobie o filmie, który pół roku temu bardzo chciałam zobaczyć, ale oczywiście nie pamiętam, gdzie był dostępny. Sprawdzam Prime Video. Potem Filmweb. W międzyczasie znajduję trzy inne interesujące tytuły. Mija 40 minut i nagle okazuje się, że na dwugodzinny film jest już trochę za późno. Idę spać.

To klasyczny paradoks wyboru: oglądanie miało być łatwiejsze niż kiedykolwiek, a czasami znalezienie czegoś na wieczór przypomina pracę na drugi etat. Próbuję więc trochę ten chaos ograniczyć. Oto kilka sposobów, które sama stosuję i które naprawdę pomagają, bo sytuacje takie jak ta powyżej zdarzają mi się już sporadycznie.

Dalsza część artykułu poniżej.

Zaraz się okaże, ile hitów Netfliksa znasz. Sprawdź, czy zgadniesz filmy i seriale po jednym zdjęciu

logo
Quiz

1 / 20 Jak nazywa się ten serial z Jenną Ortegą?

Fot. materiał prasowy

1. "Moja lista" na Netfliksie nie wystarczy. Zrób jedną na wszystko

Przez lata popełniałam ten sam błąd: widziałam coś ciekawego na Netfliksie, więc klikałam "Moja lista". Na HBO Max i innych platformach robiłam dokładnie to samo. Gdzieś po drodze robiłam jeszcze screen zwiastuna na Instagramie, zapisywałam TikToka z polecajkami i wysyłałam sobie jakiś tytuł na Messengerze (tak, piszę wiadomości do siebie). Po kilku miesiącach miałam mnóstwo zapisanych seriali i absolutnie żadnego pojęcia, gdzie czego szukać.

Dlatego najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest stworzenie jednej głównej watchlisty, niezależnej od platform streamingowych. Może to być najzwyklejsza notatka w telefonie, arkusz Google albo aplikacja przeznaczona do katalogowania filmów i seriali, np. Letterboxd czy Filmweb. Ja mam (pokaźnych rozmiarów) listę w Google Keep.

Ważna jest jedna zasada: jeśli coś naprawdę chcesz obejrzeć, zapisujesz to właśnie tam. Nie robisz screena, który za trzy miesiące zniknie wśród miliona zdjęć, i nie próbujesz zapamiętać, że "taki fajny kryminał" jest na Disney+. Jedna lista, nic więcej.

2. "Dramat" niewiele ci mówi. "Na wieczór po ciężkim dniu" już tak

Większość serwisów dzieli filmy według gatunków: komedie, dramaty, thrillery, horrory. Logiczne. Sama jednak rzadko siadam wieczorem na kanapie z myślą: "Ależ mam dziś ochotę na dramat obyczajowy" (kryminały się nie liczą, na nie mam ochotę zawsze). Raczej: "Jestem wykończona, potrzebuję się odmóżdżyć" albo "Chce mi się płakać, więc potrzebuję czegoś, co mnie emocjonalnie rozwali" (nie pytajcie).

Dlatego warto zrobić we własnej watchliście kategorie i dzielić tytuły nie według gatunków, ale według nastroju i sytuacji. "Na poprawę humoru", "na wieczór we dwoje", "coś mocnego", "gdy nie mam siły myśleć", "krótkie", "na weekendowy maraton", "comfort movies", "na zły dzień", "na PMS" itd.

To naprawdę ułatwia wybór, bo kiedy w końcu mamy wolny wieczór, zwykle nie wiemy, jaki konkretnie film chcemy obejrzeć, ale za to doskonale wiemy, na jaki mood mamy ochotę.

3. Masz 300 filmów "do obejrzenia"? To już nie jest lista

Tu dochodzimy do mojego ulubionego paradoksu watchlist. Tworzymy ją po to, żeby łatwiej wybierać filmy, aż w końcu dodajemy tyle tytułów, że mamy ich 300. Zaczynamy scrollować i... znowu nie wiemy, co obejrzeć. Taka lista za bardzo nam nie pomoże.

Dlatego oprócz wielkiej listy "kiedyś obejrzę" warto mieć jedną malutką: "oglądam następne". Maksymalnie pięć filmów i dwa–trzy seriale, które naprawdę chcemy zobaczyć w najbliższym czasie. Albo jeszcze mniej. Kiedy przychodzi piątkowy wieczór, najpierw zaglądamy właśnie tam – mamy kilka możliwości i wybieramy jedną z nich. Obejrzeliśmy coś i zwolniło się miejsce? Otwieramy naszą watchlistę-matkę i wybieramy kolejny tytuł.

4. Nie obejrzysz wszystkiego i pogódź się z tym

Mam filmy, które od lat tkwią na mojej liście. Wiem, że są dobre i że powinnam je zobaczyć. Mają świetne recenzje, zdobyły nagrody, wszyscy je polecają, niektóre to klasyki. Tylko jakoś za każdym razem, kiedy mam wolne dwie godziny, wybieram coś innego.

W pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: może ja po prostu nie chcę tego oglądać? Dlatego raz na jakiś czas warto zrobić czystkę i bez sentymentów wyrzucić tytuły, które zalegają na liście od lat. Dobrze działa jedno pytanie: "Gdybym miała dzisiaj wolny wieczór, naprawdę chciałabym to włączyć?". Jeśli odpowiedź brzmi "nie", film może wylecieć. Wiem, od razu dopadnie nas FOMO i wpadniemy w panikę, że coś stracimy, ale prawdopodobnie szybko o tym tytule zapomnimy.

To samo dotyczy seriali, które zaczęliśmy i "musimy kiedyś skończyć". Nie, nie musimy. Jeśli od sześciu miesięcy nie możemy zmusić się do obejrzenia piątego odcinka, to raczej nie zaiskrzyło. Może i serial jest świetny, ale to nie znaczy, że musimy go oglądać. Nie ma co tracić czasu na telewizję, która nas nie elektryzuje – jest za dużo innych rzeczy do wyboru. Żeby taki tytuł nie triggerował nas za każdym razem, gdy otwieramy aplikację, warto usunąć go z sekcji "Kontynuuj oglądanie". Większość platform daje taką możliwość.

5. Zrób sobie streamingowe menu na miesiąc

Co tydzień pojawia się nowy "serial, o którym mówią wszyscy" i kinowa premiera miesiąca. Netflix wrzuca wyczekiwaną rzecz, HBO Max odpowiada swoją, a chwilę później Prime Video wypuszcza serial z gwiazdorską obsadą. W takich sytuacjach mam wrażenie, że jestem potwornie do tyłu, i nie czuję się z tym dobrze.

Wtedy powtarzam sobie, że z popkulturą nie da się już być "na bieżąco". Jest jej po prostu za dużo. Dlatego zamiast próbować śledzić wszystko, można na początku miesiąca stworzyć własne małe menu. Na przykład: dwa filmy, na które naprawdę czekamy, jeden nowy serial, jeden klasyk i jedna rzecz z kategorii "od pięciu lat mówię, że to obejrzę" (i wciąż chcę obejrzeć – jeśli nie, patrz: punkt 4). Pięć tytułów i tyle.

Oczywiście nie chodzi o tworzenie kolejnej listy obowiązków. Popkultura nie powinna być obowiązkiem – to nadmiar ją nim zrobił. Jeśli nagle pojawi się coś ciekawszego, plan można wyrzucić do kosza. Chodzi raczej o to, żeby samemu zdecydować, czemu chcemy poświęcić czas, zanim algorytmy zrobią to za nas.

Dalsza część artykułu poniżej.

6. Na coś naprawdę czekasz? Wpisz premierę do kalendarza

Jeśli naprawdę na coś czekam, coraz częściej zapisuję datę premiery. I nie chodzi o wrzucanie do kalendarza każdej nowości, bo wtedy stworzymy sobie własny program telewizyjny, który tylko będzie nas stresował. Chodzi o kilka filmów i seriali, które faktycznie chcemy zobaczyć. Można też zrobić notatkę z premierami na najbliższe miesiące (sama to praktykuję z racji mojej pracy).

Raz na początku miesiąca warto też przejrzeć najważniejsze premiery i wybrać z nich dosłownie kilka do swojego menu (patrz: punkt 6). To ma jeszcze jedną zaletę: znowu można na coś czekać. W streamingu trochę zatraciliśmy to uczucie. Wszystko jest "już", wszystko wyskakuje naraz i natychmiast zostaje zastąpione czymś nowym. A przecież oczekiwanie na film albo kolejny sezon ulubionego serialu też jest częścią zabawy.

7. Pięć minut. Tyle masz na wybór filmu

Na koniec metoda dla najbardziej niezdecydowanych (czyli również dla mnie). Jeśli mija 45 minut, zanim wybierzesz film albo serial, postaw na najprostszą (i najlepszą) zasadę: masz pięć minut na wybór. Znajdujesz coś, na co masz ochotę? Włączasz. Nie szukasz idealnego filmu i nie sprawdzasz, czy przypadkiem trzy kafelki dalej nie kryje się arcydzieło, które zmieni twoje życie. Po prostu włączasz. To naprawdę uratowało kilka moich wieczorów.

Jeśli w ogóle ci się nie podoba, nie ciągnij tego na siłę. Ja wprowadziłam "zasadę pierwszego odcinka" dla seriali i "zasadę 20 minut" dla filmów. Wiem, że niektóre seriale i filmy rozkręcają się później i czasem warto dać im szansę (zwykle tak robię i zdarza mi się dzięki temu odkryć perełki), ale jeśli jesteś przekonany, że nic z tego nie będzie, a twoja lista pęka w szwach, odpuść.

Pamiętaj, że nieskończony wybór wcale nie daje nieskończonej wolności. Czasami daje tylko 40 minut scrollowania, FOMO i frustrację. Dlatego potrzebujemy jednej sensownej listy, kilku tytułów na najbliższe tygodnie i zgody na to, że zawsze coś nas ominie.

Paradoksalnie to było dla mnie najtrudniejsze jako dla fanki popkultury i dziennikarki popkulturowej: pogodzenie się z tym, że nie obejrzę wszystkiego. Ale może to i dobrze. Gdybyśmy naprawdę mieli obejrzeć wszystko, co zapisaliśmy "na później", prawdopodobnie musielibyśmy rzucić pracę i zerwać wszystkie znajomości. Selekcja ratuje (popkulturowe) życie.