Diabeł ubiera się u Prady
"Diabeł ubier asię u Prady" jest dziś fenomenem Fot. Kadr z "Diabeł ubiera się u Prady" / edycja: naTemat

"Diabeł ubiera się u Prady 2" sprawił, że widzowie masowo wrócili do historii Mirandy Priestly i Andy Sachs. Film z 2006 roku dawno przestał być jedynie lekką komedią o świecie mody – dziś uznawany jest za jeden z najbardziej kultowych tytułów popkultury XXI wieku, który trafnie przewidział toksyczną kulturę pracy, obsesję sukcesu i erę internetowych trendów. Skąd właściwie wziął się fenomen "Diabła ubiera się u Prady" i dlaczego po 20 latach wciąż cytujemy Mirandę?

REKLAMA

Kiedy w 2006 roku do kin trafił "Diabeł ubiera się u Prady", nikt nie spodziewał się, że historia młodej dziennikarki rzuconej światu mody na pożarcie stanie się jednym z najważniejszych popkultury XXI wieku. Komediodramat oparta na książce Lauren Weisberger opowiada o Andy Sachs, granej przez Anne Hathaway, ambitnej absolwentce dziennikarstwa, która trafia do redakcji prestiżowego magazynu "Runway" (odpowiednik "Vogue'a") jako asystentka legendarnej redaktor naczelnej Mirandy Priestly.

Meryl Streep stworzyła jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii kina, a u jej boku pojawili się także Emily Blunt jako perfekcyjnie sarkastyczna Emily Charlton oraz Stanley Tucci jako charyzmatyczny Nigel, który błyskawicznie stał się ulubieńcem widzów. Film Davida Frankela odniósł ogromny sukces – zarobił ponad 326 milionów dolarów na świecie przy budżecie wynoszącym około 35 milionów i zdobył dwie nominacje do Oscara: dla Streep oraz za kostiumy autorstwa słynnej Patricii Field.

Jednak liczby to zaledwie czubek góry lodowej, jaką jest fenomen "Diabeł ubiera się u Prady".

Fenomen "Diabeł ubiera się u Prady" to nie tylko Miranda Priestly

Po pierwsze? Miranda Priestly. Postać inspirowana legendarną (już byłą) redaktorką naczelną "Vogue'a" i "szefową" MET Gali, Anną Wintour, może i była antagonistką, demonicznym symbolem wszystkich koszmarnych szefowych i szefów tego świata, ale szybko stała się ikoniczna. Wystarczyło jedno spojrzenie (wiecie, które) i krótkie "That's all", aby popkultura zaczęła ją wielbić.

Co ciekawe, odbiór Mirandy zmieniał się wraz z kolejnymi pokoleniami widzów. W 2006 roku była przede wszystkim szefową z piekła rodem i figurą toksycznego pracodawcy. Dziś wielu młodszych odbiorców patrzy na nią inaczej – jak na kobietę, która musiała stać się bezwzględna, by utrzymać władzę w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

logo
Fot. Kadr z "Diabeł ubiera się u Prady"

Drugi filar fenomenu "Diabła"? Oczywiście moda. Ubrania nie są tutaj wyłącznie dekoracją czy luksusowym dodatkiem. To symbol przepaści między Andy Sachs a światem "Runway", ale też język, za pomocą którego opowiedziana zostaje przemiana bohaterki. Początkowo Andy wyraźnie odstaje wyglądem od koleżanek z nowej pracy, ale z czasem jej styl zaczyna odzwierciedlać zmiany zachodzące w jej osobowości i priorytetach. Ubrania stają się symbolem awansu, ambicji i stopniowego zatracania samej siebie.

Dziś styl Andy Sachs przeżywa prawdziwy renesans. TikTok zakochał się w estetyce office siren, czyli biurowym szyku inspirowanym modą lat 90. i 2000. Dopasowane, zapięte pod szyję koszule, okulary w wąskich oprawkach i ołówkowe spódnice wróciły do łask w lwiej części dzięki nostalgii za filmem. Fragmenty "Diabła…" funkcjonują w internecie jak gotowe tutoriale stylu, a moodboardy inspirowane Andy regularnie zalewają media społecznościowe. Ba, nie brakuje opinii, że moda sprzed 20 lat była lepsza od tej obecnej – może i krindżowa, ale miała duszę i serce.

"Diabeł ubiera się u Prady" przewidział toksyczną kulturę pracy

Kolejnym powodem, dla którego film ze Streep wciąż tak mocno rezonuje z widzami, jest jego uniwersalne przesłanie dotyczące pracy. To opowieść o świecie, w którym sukces wymaga całkowitego podporządkowania się życiu zawodowemu. Andy stopniowo poświęca relacje prywatne, własne wartości i poczucie tożsamości, próbując sprostać oczekiwaniom Mirandy.

W 2006 roku wielu widzów traktowało "Diabła..." jak satyrę na świat mody i korporacyjną kulturę pracy, ale dziś film ogląda się niemal jak realistyczny obraz toksycznego środowiska zawodowego i kultury za*ierdolu w latach 20 XXI wieku. Szczególnie młodsze pokolenia widzą w nim historię o wypaleniu, nieustannej presji produktywności i trudności w stawianiu granic. W czasach, gdy dyskusje o work-life balance stały się jednym z najważniejszych tematów społecznych, "Diabeł ubiera się u Prady" jest zaskakująco współczesny.

logo
Fot. Kadr z "Diabeł ubiera się u Prady"

Jednocześnie "Diabeł ubiera się u Prady" uświadamia, jak bardzo zmieniła się kultura pracy. Zachowania w stylu rzucania płaszcza na biurko asystentki czy publicznego upokarzania pracowników były kiedyś przedstawiane jako część "elitarnego" świata mody, a dziś zostałyby uznane za zwyczajny mobbing.

To nie oznacza, że film zupełnie się nie zestarzał. Dyskusje o wadze i sylwetce Andy budzą dziś oburzenie – nie dość, że w latach 20. XXI wieku nie ma już przyzwolenia na body shaming, to Anne Hathaway zdecydowanie nie miała nadwagi.

Również chłopaka Andy zaczęto po latach odbierać zupełnie inaczej. Nate, początkowo przedstawiany jako głos rozsądku i przeciwwaga dla toksycznego świata "Runway", dziś jest przez widzów uznawany za największego złola całego filmu. Stał się symbolem niewspierającego mężczyzny, który nie potrafi zaakceptować sukcesu partnerki, reaguje frustracją na jej ambicje i stopniowo podkopuje pewność siebie kobiety.

Dalsza część artykułu poniżej.

Oczywiście lwią zasługę w utrzymaniu filmu przy życiu odegrał internet. "Diabeł ubiera się u Prady" stał się prawdziwą kopalnią memów i cytatów, które żyją dziś własnym życiem. "Florals? For spring? Groundbreaking", "That's all" czy "I'm just one stomach flu away from my goal weight" są dziś ikonicznie. Szczególnie legendarna scena z monologiem o błękicie ceruleum zyskała status kultowej. Dzięki internetowi film Frankela zyskał drugą młodość.

Świat mody z 2006 roku już nie istnieje, a Mirandy Priestly nie są boginiami

"Diabeł ubiera się u Prady 2", który zadebiutował dokładnie 20 lat po oryginale, nie pozostawił wątpliwości, że rzeczywistość świata mody zmieniła się diametralnie. Branża pokazywana w filmie z 2006 roku praktycznie już nie istnieje w tamtej formie.

Dawniej trendy dyktowali redaktorzy naczelni prestiżowych magazynów, dziś największą władzę mają algorytmy, influencerzy, media społecznościowe i bogaci sponsorzy (których symbolem w sequelu stała się Emily). Redakcje pracują przede wszystkim na danych, analizują trendy z TikToka i Instagrama oraz tworzą treści cyfrowe, a papierowe wydania czasopism walczą o przetrwanie.

logo
Fot. Kadr z "Diabeł ubiera się u Prady"

Wielu komentatorów uznało odejście Wintour ze stanowiska redaktor naczelnej amerykańskiego "Vogue'a" w 2025 roku za symboliczny koniec epoki. Model, w którym jedna osoba dyktowała trendy całemu światu mody, odchodzi do przeszłości – właśnie na tym opiera się fabuła "Diabeł ubiera się u Prady 2".

Kontynuacja pokazuje modową biblię "Runway" walczącą o przetrwanie w gwałtownie zmieniającym się świecie mediów, a Mirandę Priestly w rzeczywistości, która przestała działać według dawnych zasad. To już nie historia o wszechwładnej królowej mody, lecz opowieść o kobiecie próbującej utrzymać swoje znaczenie w nowej erze.

Miranda musi nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym asystenci znają swoje prawa, kryzysy wizerunkowe wybuchają w mediach społecznościowych w ciągu kilku minut, sztuczna inteligencja coraz częściej okazuje się skuteczniejsza od samozwańczych wyroczni trendów, a autorytet nie jest już czymś danym raz na zawsze.

Najciekawsze jest jednak to, że "Diabeł ubiera się u Prady 2" nadaje Mirandzie więcej ludzkich cech. Widzimy ją mniej jako niedostępną ikonę, a bardziej jako człowieka próbującego odnaleźć się w świecie, który przestał się jej bać.

Niektórzy narzekają, że postać koszmarnej szefowej została zbyt mocno ocieplona, a temat mobbingu zepchnięto na dalszy plan, ale bohaterka grana przez Meryl Streep zyskała dzięki temu nowy, bardzo współczesny wymiar – dawnej bogini, która spadła z Olimpu i czuje się zagubiona w epoce, w której jej nazwisko nie wystarcza już, by budzić strach. I trudno jej nie współczuć. That's all.