sala kinowa
Lubię reklamy w kinach, wybaczcie Fot. Unsplash

To (bardzo) niepopularna opinia, za którą mi się dostanie. W końcu narzekanie na niekończące się reklamy w kinie jest obowiązkiem każdego widza. A jednak... ja je lubię. I uważam, że wcale nie są takim złem, za jakie się je uważa. Spokojnie, mam dowody.

REKLAMA

Współczesny widz może narzekać na wiele rzeczy: nostalgię, która owocuje kolejnymi odgrzewanymi kotletami; zwiastuny, które zdradzają cały film; błyskawiczne wpadanie kinowych tytułów na VOD; czy streamingowy chaos (choć można mu zaradzić). Ale od lat narzeka się głównie na jedno: trwające wieczność reklamy w kinach. 20 minut to minimum, a w niektórych sieciówkach sięgają pół godziny.

Ja jednak do tej narzekającej grupy nie należę. Owszem, reklamy potrafią być irytujące i dla wielu są stratą czasu, ale udowodnię wam, że gdy dłużej się nad tym zastanowić, wcale nie są aż takie złe.

Dalsza część artykułu poniżej.

Jak dobrze pamiętasz postaci z "Władcy Pierścieni"?

logo
Quiz

1 / 20 Zacznijmy od kogoś łatwego. Jak nazywa się ten członek Drużyny Pierścienia?

Fot. kadr z filmu "Władca Pierścieni: Drużyna pierścienia"

Reklamy w kinach nie są aż takie złe. Kinowy rytuał i ratunek dla spóźnialskich

Reklamy są częścią kinowego rytuału. Nie idę do kina tylko po to, żeby obejrzeć film. Lubię cały ten proces, który jest dla mnie jak święto: kupowanie popcornu (w moim przypadku tylko na blockbustery), szukanie miejsca, gasnące światła i właśnie te 20-30 minut przed seansem. Mogę rozsiąść się w fotelu, pogadać ze znajomymi i powoli przestawić się z codzienności na tryb "teraz oglądam film". Reklamy są trochę jak kurtyna w teatrze – sygnał, że zaraz zacznie się przedstawienie. Lubię ten moment wyczekiwania i ekscytacji, dreszczyk emocji, że zaraz rozpocznie sie coś fajnego (albo i nie).

Jest też drugi, bardzo praktyczny argument. Dzięki reklamom można spóźnić się na seans bez palpitacji serca (chyba nikt nie lubić przegapić początku filmu). Autobus się spóźnił, kolejka po nachosy okazała się dłuższa niż zwykle? Spokojnie, jeszcze 20 minut. To margines bezpieczeństwa, dzięki któremu nie trzeba wpadać do sali z zadyszką.

No i zwiastuny – dla mnie to jedna z największych atrakcji wizyty w kinie. Dobry trailer na wielkim ekranie, z potężnym nagłośnieniem, potrafi sprzedać film lepiej niż jakakolwiek reklama w internecie i na malutkim ekraniku martfona. Wiele tytułów trafiło na moją listę "muszę obejrzeć" właśnie dlatego, że zobaczyłam ich zwiastuny przed seansem. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy zwiastuny oglądało się głównie w kinach – chodziłam specjalnie na jakiś film, żeby zobaczyć trailer nowego "Harry'ego Pottera". Core memory.

Dalsza część artykułu poniżej.

Same reklamy też wypadają w kinie zaskakująco dobrze. Oczywiście, że nie lubię reklam. Są męczące, zwłaszcza gdy wyskakują w internecie co kilka minut albo przerywają film w telewizji (koszmar). Ale te przygotowywane z myślą o wielkim ekranie są często dopracowane wizualnie, mają świetny dźwięk i zwyczajnie lepiej się je ogląda. Paradoksalnie właśnie w kinie reklama najbardziej przypomina krótkometrażowy film.

Tak, reklamy w kinach są za długie. Ale wolę kino z nimi niż bez nich

Czy blok reklamowy mógłby być krótszy? Pewnie, że tak. Pół godziny przed seansem to przesada. Ale jeśli miałbym wybierać między całkowitym brakiem reklam a kilkunastoma minutami, które budują atmosferę, pozwalają spóźnialskim zdążyć i dają okazję do obejrzenia wypasionych zwiastunów, wybieram tę drugą opcję.

Może więc zamiast traktować reklamy jako irytujący i niechciany dodatek do filmu, warto spojrzeć na nie jak na część kinowego doświadczenia. Zrozumieć, że kino zaczyna się nie wtedy, gdy pojawia się logo studia, ale już chwilę (dłuższą chwilę) wcześniej.