Slayer, Kerry King
3 najważniejsze płyty thrashmetalowe. Foto: Dmitry Abaza/Shutterstock

Thrash to jeden z najpopularniejszych podgatunków metalu. Trudno się temu dziwić, gdyż to z tego nurtu wywodzi się najpopularniejszy zespół metalowy świata, Metallica. Które płyty musi znać każdy fan szybkich partii perkusyjnych, kostkowanych riffów i wrzaskliwych wokali? Oto one.

REKLAMA

Thrash metal to podgatunek metalu, który brzmi tak, jakby ktoś wrzucił punkową energię, heavy metalowe riffy i sporą dawkę wściekłości do jednego blendera, a następnie ustawił go na maksymalne obroty. Pomimo tego zespoły z tego nurtu stworzyły też bardzo ambitne, rozbudowane albumy, które do dziś robią wrażenie na słuchaczu. W tym tekście przybliżę trzy z nich.

3. "Ride the Lightning", czyli Metallica pokazuje, jak pojemny potrafi być thrash metal

Zaczynamy nieco przewrotnie od Metalliki, grupy, która ze wszystkich zespołów metalowych osiągnęła największy sukces komercyjny. Ale czy za tym poszły równie udane osiągnięcia artystyczne?

Od razu uspokoję najbardziej zagorzałych kibiców Jamesa Hetfielda i jego kolegów: tak, Metallica nagrała epokowe albumy, które do dziś są wyznacznikiem tego, jak można grać metal.

W moim zestawieniu wyróżnię jednak nie album-pomnik, "Master of Puppets", ale jego poprzednika, nieco niedocenione "Ride the Lightning" z 1984 roku. Dlaczego akurat ją? Historycznie to ona jest bowiem ważniejsza: to tu po raz pierwszy Metallica zastosowała swoje charakterystyczne ułożenie utworów na płycie (spokojne, akustyczne intro, gwałtowny numer na starcie, piosenka tytułowa jako druga, ballada na pozycji numer 4, kompozycja instrumentalna jakoś pod koniec całości), ale też pokazała, jak pojemnym podgatunkiem jest thrash metal.

Mamy tu przecież i ogłuszające "Fight Fire with Fire", i ciężkie, monumentalne "For Whom the Bell Tolls", i piękną balladę "Fade to Black", i wreszcie proszące się od początku o symfoniczną aranżację instrumentalne "Call of Ktulu".

Do tego brzmienie tej płyty do dziś poraża, czego nie można powiedzieć o nieco stłumionym jednak "Master of Puppets". Klasyka nad klasykami. Wstyd nie znać, jeżeli ktoś uważa się za "metala". Warto też dodać, że w dyskografii Metalliki są albumy, które nie zostały docenione mimo swojej klasy. Pisaliśmy w naTemat o 3 płytach Metalliki, których fani nie docenili – naprawdę warto dać im drugą szansę!

2. "Rust in Peace", czyli Megadeth wynosi gatunek na wyższy poziom

Megadeth to zespół byłego gitarzysty Metalliki, Dave'a Mustaine'a, który został z niej wyrzucony niemal chwilę przed nagraniem przez nią debiutanckiego "Kill'Em All". I chyba z wściekłości ten niezwykle zdolny instrumentalista (i także charakterystyczny wokalista) przez lata nagrywał albumy naprawdę wybitne. Męska duma i chęć pokazania kolegom z byłej kapeli dały fenomenalne efekty!

W tym zestawieniu wyróżnię "Rust in Peace", album bardzo złożony, z utworami o bardzo poszarpanych strukturach i z solówkami gitarowymi, których nie radzę odtwarzać początkującym muzykom (ostrzegam: skończycie na L4 z połamanymi palcami!).

Całość otwierają zresztą "Holy Wars... The Punishment Due" i "Hangar 18", dwa klasyki zespołu, które pokazują, jak sprawnym kompozytorem był w tamtym okresie Mustaine. Pod tym kątem bił byłych kompanów z "Mety" na głowę! To też utrudniło mu osiągnięcie tak dużego sukcesu komercyjnego jak oni. Na polu artyzmu zdecydowanie wygrał.

Formacja Dave'a Mustaine'a nie tak dawno gościła w Polsce, promując swój nowy album, "Megadeth". Jak pisaliśmy w naTemat, wśród tych mniej znanych albumów są 3 niedocenione płyty Megadeth – fani metalu przez lata kręcili na nie nosem, dziś powinni docenić.

1. "Reing in Blood", czyli Slayer i jego najbardziej wpływowy album

Tak, miejsce pierwsze musiało należeć do Slayera i "Reign in Blood". Choć osobiście bliżej mi jest do innych płyt zespołu ("South of Heaven", a zwłaszcza "God Hates Us All"), nie mogę nie docenić wpływu tej "metalowej Biblii" dla całego gatunku.

Na "Reign..." grupa przesunęła granicę ekstremy w metalu, inspirując młodszych o kilka lat muzyków deathmetalowych i grindcore'owych (to już coś dla prawdziwych muzycznych ekstremistów). Do tego pokazała coś ważniejszego. To, że grając taką muzykę można komponować utwory zapadające w pamięć i nie będące zbitką chaotycznych riffów i wrzasków wokalisty.

Dziś z pewnością album ten nie robi już takiego wrażenia jak w roku wydania, ale zdecydowanie warto się z nim zapoznać. Muszę dodać, że sami muzycy zdawali sobie sprawę z tego, że w tak brutalny sposób nie mogą już grać. W efekcie później nagrali wolniejsze i przystępniejsze "South of Heaven". Więcej o tym i innych krążkach dowiecie się z naszego zestawienia w naTemat: 3 płyty Slayera trzeba odpalić na cały regulator.