
Spider-Man to fenomen na niesłabnącą skalę. Ludzie wciąż chcą oglądać Petera Parkera, choć superbohaterów mamy dziś na ekranach na pęczki. I może właśnie w tym tkwi (choć oczywiście nie tylko w tym) odpowiedź na pytanie, dlaczego Człowiek-Pająk wciąż potrafi wywołać aż takie szaleństwo.
W 2021 roku "Spider-Man: Bez drogi do domu" rozbił bank – zakończył kinowy bieg z wynikiem około 1,91 mld dolarów na świecie, stając się największym hitem ery pandemicznej. Pięć lat później "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" zrobił coś jeszcze bardziej kosmicznego: przekroczył 2 mld dolarów po zaledwie trzech weekendach. I mówimy o filmie, który wszedł do kin 31 lipca (od 29 lipca widzowie mogli już biec na pokazy przedpremierowe), więc jego finansowy rajd wcale się jeszcze nie skończył.
A dodajmy, że Tom Holland jest już szóstym Spider-Manem w historii kina i telewizji (Nicolas Cage w "Spider Noir" jest siódmym Pająkiem, choć nie gra Petera Parkera), nie licząc licznych animowanych wcieleń.
Wniosek? Spider-Man się nie nudzi i wciąż przyciąga widzów. I to jak – o wynikach "Bez drogi do domu" i "Całkiem nowego dnia" większość superbohaterów może tylko pomarzyć. Spośród komiksowych blockbusterów tylko "Avengers: Wojna bez granic" i "Avengers: Koniec gry" przekroczyły jeszcze magiczną barierę 2 miliardów (ta sztuka łącznie udała się tylko ośmiu filmom).

Fenomen Spider-Mana? To najpierw człowiek, a potem superbohater
Dlaczego aż tak kochamy Pajączka? Od kilku lat regularnie słyszymy o superhero fatigue, czyli zmęczeniu widzów kolejnymi blokbusterami o superbohaterów. A jednak wystarczy ogłosić kolejnego Spider-Mana, żeby internet oszalał. Jeszcze przed premierą "Całkiem nowego dnia" zwiastun pobił rekord i zaliczył 718,6 mln wyświetleń w ciągu 24 godzin.
Najlepszym dowodem na niesłabnącą miłość świata do Spidera pozostaje "Bez drogi do domu". Owszem, film miał wszystkie składniki gigantycznego hitu, ale jego największym magnesem okazało się coś, czego przez lata chcieli fani: spotkanie Tobeya Maguire'a, Andrew Garfielda i Toma Hollanda. Trzech Peterów Parkera pojawiło się na jednym ekranie, a internet eksplodował. To oczywiście był precyzyjnie skonstruowany fanserwis, ale działał dlatego, że za trzema kostiumami stały trzy różne pokolenia widzów.
Fenomen Spider-Mana w rzeczywistości jest prosty: to superbohater, ale przede wszystkim człowiek. Peter Parker nie jest miliarderem, bogiem ani kosmitą. Nie ma fortuny Bruce'a Wayne'a, kosmicznego pochodzenia Supermana ani technologicznego imperium Tony'ego Starka.
Jest dzieciakiem z Nowego Jorku, który ma szkołę, dziewczynę, rachunki, problemy z przyjaciółmi i chaotyczny plan na życie. Owszem, zostaje ugryziony przez radioaktywnego pająka i dostaje niezwykłe moce, ale one wcale nie ułatwiają jego życia. Wręcz przeciwnie.

Pisze o tym Owen Gleiberman w Variety, wskazując, że słowem, które najlepiej opisuje fenomen Spider-Mana, jest relatability – możliwość utożsamienia się z bohaterem. Peter Parker jest ludzkim superbohaterem. Jednym z nas.
Spider-Man ratuje Nowy Jork i świat za cenę wszystkiego
Dlatego tak ważne jest słynne powiedzenie "z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność". Komiksy o Spider-Manie wcale nie są opowieścią o wielkiej mocy, ale o konsekwencjach.
Peter mógłby wykorzystać swoje zdolności wyłącznie na swój użytek, ale decyduje się pomagać innym, nawet jeśli oznacza to kolejną stratę. Jego heroizm jest bardziej wzruszający niż efektowny. Spider-Man nie ratuje świata dlatego, że jest to łatwe. Ratuje go dlatego, że wie, co się stanie, jeśli tego nie zrobi. "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" pokazuje to najbardziej dobitnie. Widzimy samotnego Petera, który stracił wszystko, ale wciąż trzyma się swojej obietnicy złożonej Nowemu Jorkowi – będzie jego obrońcą.
Variety zwraca uwagę na jeszcze jeden paradoks: współczesne kino superbohaterskie jest pełne drużyn, zespołów i nadludzkich herosów. Avengers, X-Men, Fantastyczna Czwórka – wszyscy mają swoje moce, kostiumy i własne mitologie. Spider-Man, choć członek Avengersów, działa trochę inaczej. Jego świat jest znaczniej kameralny, wręcz zwyczajny. Nawet kiedy walczy z czymś gigantycznym, pozostaje chłopakiem z Nowego Jorku, który próbuje ogarnąć własne życie. Być może dlatego łatwiej nam mu kibicować niż kolejnemu bohaterowi, który jest właściwie niepokonany.

Jest jeszcze jedna istotna rzecz: maska. Spider-Man ma twarz, której nie widzimy. Dzięki temu pod kostiumem może być każdy.
Peter Parker jest ważny, ale idea Spider-Mana jest większa od jednego nazwiska. Pokazała to zresztą oscarowa animacja "Spider-Man Uniwersum" i sequel "Spider-Man: Poprzez multiwersum", w których Miles Morales, kolejny chłopak z sąsiedztwa, udowodnił, że pajęczy kostium nie musi należeć wyłącznie do Petera. Pokazał to też wspomniany "Spider-Noir". A filmy aktorskie z XXI wieku zrobiły coś podobnego, pozwalając kolejnym pokoleniom mieć "swojego" Spider-Mana: dla jednych zawsze będzie nim Maguire, dla innych Garfield, dla jeszcze innych Holland.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Spider-Man jest bohaterem dla tych, którzy sami nie czują się bohaterami
Szef Marvel Studios Kevin Feige przyznał, że twórcy "Całkiem nowego dnia" wiedzieli, że trudno będzie przebić "Bez drogi do domu" skalą. Zamiast próbować zrobić coś jeszcze większego, postanowili "pójść głębiej i uczynić film wyjątkowym".
To chyba najlepsza odpowiedź na fenomen tej postaci. Spider-Man wcale nie musi być większy. Wystarczy, że znowu będzie Peterem Parkerem – trochę zagubionym, trochę zabawnym, trochę samotnym chłopakiem, który mimo wszystko próbuje zrobić właściwą rzecz. "Całkiem nowy dzień" rezygnuje z multiwersum i magii, wraca do ulicznych korzeni, nie ucieka od trudnych emocji – i proszę bardzo, mamy 2 miliardy.
Właśnie dlatego kochamy Spider-Mana bardziej niż innych superbohaterów. Nie dlatego, że chcemy być jak on, tylko dlatego, że jest taki jak my. Kiedy Peter Parker znowu rzuca się między nowojorskie wieżowce, przez te kilka minut możemy uwierzyć, że nasze własne problemy też da się jakoś ogarnąć. Nawet jeśli chwilę później trzeba zejść na ziemię.




